poniedziałek, 22 września 2014

Ka Hancock - "Tańcząc na rozbitym szkle"



„Tańcząc na rozbitym szkle”


„Twój uśmiech jest moją tęczą, twój śmiech jest moim domem, twój dotyk jest moim domem...”

Nie wszystko w życiu się układa. Niekiedy pojawiają się komplikacje, na które nie mamy wpływu. Można by powiedzieć siła wyższa. Czasem dotyczą problemów finansowych, materialnych, zdrowotnych. Nie wszyscy potrafią sobie z nimi poradzić, ale są i tacy, którzy nauczyli się z nimi żyć. Nawet wtedy, kiedy wiedzą że są skazani, a ich życie to taniec na rozbitym szkle.
Lucy Houston i Mickey Chandler pewnie wcale nie powinni się w sobie zakochiwać, a tym bardziej myśleć o małżeństwie. Oboje są obciążeni genetycznie – on cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową, kobiety w jej rodzinie jedna po drugiej zapadają na raka piersi. Kiedy jednak w dniu dwudziestych pierwszych urodzin Lucy drogi jej i Mickeya przecinają się, oboje wiedzą, że to spotkanie odmieni ich życie.
Pełni obaw i wątpliwości, Lucy i Mickey są gotowi zrobić wszystko, by ich związek przetrwał – spisują nawet jego reguły. On zobowiązuje się regularnie przyjmować leki. Ona nie będzie obwiniać Mickeya o to, co nie podlega jego kontroli. Oboje przyrzekają sobie wierność i cierpliwość. Jak w każdym małżeństwie, zdarzają im się lepsze i gorsze – a czasami koszmarnie złe – dni. Załamani kolejnym nawrotem choroby, podejmują dramatyczną decyzję: nigdy nie będą mieć dzieci. Kiedy jednak Lucy podczas rutynowej kontroli dowiaduje się, że jest w ciąży, reguły przestają się liczyć, a Lucy i Mickey muszą na nowo zdefiniować swój związek.
Pisząc debiutancką powieść, Ka Hancock inspirowała się historiami swoich pacjentów. Z zawodu jest pielęgniarką i dyplomowanym psychologiem. Ma czwórkę wspaniałych dzieci i stale powiększającą się gromadkę wnucząt. Mieszka w Utah.

„Jednym sposobem na uporanie się z żałobą jest przejście przez nią. Musisz wstawać codziennie rano i czekać, aż będziesz mógł położyć się wieczorem, a potem znowu wstawać rano i robić to wszystko jeszcze raz. Aż pewnego dnia zaczynasz czuć grunt pod stopami. W końcu moje spadanie się skończyło. Smutek przestał mnie pustoszyć...”

Na wstępie powiem, że jest to książka, w której nie brakuje problemów i ciągłych komplikacji. Zawsze jest jakieś „ale” i obawy o przyszłość. Życia obojga bohaterów to tak naprawdę walka o przetrwanie. Lucy już raz wyszła z nowotworu, ale wie, że jego nawrót byłby nie do pokonania. Jej ciągłym zmartwieniem jest Mickey. Kocha męża i chce dla niego jak najlepiej. Jest przy nim w każdym stanie choroby, nieważne czy jest to zaawansowane stadium psychozy, czy zwykła depresja.
W pierwszej części książki poznajemy codzienne życie Lucy i Mickeya oraz przeszłość o rodziców kobiety. Już od razu w oczy rzucają się sąsiedzi, a raczej ich stosunek do pary. Uwidacznia się to, że są bardzo lubiani przez większość ludzi. Lucy opowiada nam o swojej pracy, zajęciu męża oraz o swoich siostrach. Są one nieodzowną częścią jej życia. Tylko razem tworzą jedność. Wszystkie trzy – Lucy, Lily i Priscilla.
Kiedy dowiadujemy się o drugiej części utworu? Żeby nie powiedzieć o parę słów za dużo, zdradzę że po tym, kiedy u kobiety zajdą pewne zmiany. Sami zauważycie. Uwaga będzie skupiona tylko na niej.
Bohaterów pojawiło się całkiem sporo. Oprócz dwójki głównych bohaterów, pod lupę wzięte były dwie siostry Lucy i parę starych znajomych. Daję słowo, że czytelnik dogłębnie ich wszystkich poznaje. Czy pojawił się ktoś, kto zdobył moje serce? Nie jestem tego pewna, ale wiem jedno: jestem pełna podziwu dla niezwykłego heroizmu Lucy. Pomimo wyroku, który na nią zapadł, nie przestała cieszyć się życiem i nikomu złemu nie oddała swojego najcenniejszego skarbu. Podobało mi się, w jaki sposób mówiła o śmierci. Ona się jej nie bała, wiedziała, że każdego to w końcu dotknie.
Jedyna, co mi przeszkadzało, to niekiedy przesłodzone wypowiedzi. Denerwowało mnie słowo „kochanie”, które zostało użyte co najmniej dwadzieścia razy w jednym rozdziale. Uważam, że autorka mogła chociaż użyć synonimu, zamiast ciągle powtarzającego się wyrazu.
„Tańcząc na rozbitym szkle” podzielona jest na rozdziały. Są ciekawie zapisane. To jakby dwutorowa narracja. Zawsze na początku pochyłą kursywą jest tekst, który pisał Mic. To, co zostało przedstawione zwykłą czcionką należy do Lucy.
Niektórzy mogą być przerażeni książką, kiedy tylko zobaczą jak jest obszerna. No cóż, rzeczywiście, parę kartek w niej jest. Autorka zaopatrzyła ją w dużą ilość pięknych opisów i wspaniałych dialogów. Zawiera przemyślenia dwójki bohaterów. Co ciekawe, bardzo często tę samą sprawę postrzegają zupełnie inaczej.
„Tańcząc na rozbitym szkle” to książka, którą mogę polecić każdej kobiecie. Problemy, które są w niej zawarte niekiedy mogą spotkać niejedną z nas. Wyjścia z sytuacji, które wybierali bohaterowie mogą być dla nas wskazówkami. Dodatkowo, jest cudownie napisana. Parę momentów jest godnych naszych łez. Również ja ich parę uroniłam. Co prawda, nie da się jej połknąć w dwa wieczory, ale warto po nią sięgnąć.

„Lucy, każde małżeństwo to taniec, czasem kłopotliwy, czasem dający wiele radości, a przez większość czasu po prostu spokojny. Z Mickeyem zaś czasami będziesz musiała tańczyć na rozbitym szkle.”

9/10


#92
autor: Ka Hancock
tytuł: „Tańcząc na rozbitym szkle”
gatunek: literatura kobieca
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data premiery: 7 lutego 2013r.
ilość stron: 605

5 komentarzy:

  1. Chciałabym poznać bliżej tę pozycje jak najbardziej! :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Po takiej recenzji trudno się nie skupić

    OdpowiedzUsuń
  3. Już dawno nie zainteresowała mnie aż tak bardzo historia rodzinna. Zapisuję i muszę przeczytać:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem, co napisać oprócz tego, że w przyszłym tygodniu będę jej szukać w bibliotece. To problematyczna książka, która niesie w sobie nadzieję - idealna dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak na nią trafię to z pewnością przeczytam.

    OdpowiedzUsuń